7. Kiedy powstał obraz Mona Lisy? Powstał on w latach 1503-1507. 8. Obecne miejsce obrazu Mona Lisy. Dzieło to trafiło na stałą wystawę do Luwru, we Francji, w 1797 roku i znajduje się tam do teraz. 9. Ile obrazów namalował da Vinci? Zostawił on po sobie około 15 obrazów, a także wiele szkiców oraz notatek. Czas zrezygnować z szaleństw i partnerów na jedną noc. Witaj w świecie „dziewczyn z Nowego Jorku”. Pia, Angie, Madeleine, Julia i Coco właśnie zaczynają przygodę życia w najwspanialszym mieście świata. Opowieść o przyjaźni, dojrzewaniu i nauce na błędach. Szybka jak rollercoaster akcja, ostry humor i współczesny Nowy Jork. Strona internetowa. 1 World Trade Center (wcześniej pod nazwą Freedom Tower – Wieża Wolności) – jeden z czterech nowojorskich wieżowców stanowiących część nowego kompleksu, który powstał w miejscu biurowców WTC zniszczonych w wyniku zamachu z 11 września 2001. Budynek został oddany do użytku i oficjalnie otwarty 3 listopada Pierwszym, który stosował konsekwentnie termin „Nowy Testament” na określenie zbioru składającego się z ewangelii, dziejów i listów, był Orygenes (ok. 185-253/254). Po nim ten termin upowszechnił się, a od IV wieku używano już niemal wyłącznie tytułu „Nowy Testament” [11] Datowanie Nowego Testamentu. Policjant opowiada o odnalezieniu 6 ciał, zamiast brakującego jednego i o bezdomnych wywożonych do Nowego Jorku z innych miast. Anita i Sasza zakopują ciało w parku. Sasza opowiada swoją historię. Sasza zamierza iść do ambasady po bilety do Rosji, chce wyjechać z Anitą. Anita przebiera Saszę w ładne ubranie i idzie szukać krawatu. Założone w 1870 roku, The Metropolitan Museum of Art (w skrócie MET) jest najstarszym i największym muzeum w Stanach Zjednoczonych. Swoją siedzibę ma w Nowym Jorku. Mieści się w pobliżu centrum Manhattanu, przy Central Parku i Piątej Alei. Jest jedną z największych atrakcji tego niezwykłego miasta. Obóz staje się jej drugim domem, wreszcie znajduje szczęście wśród pozostałych półbogów. Ze względu na swój charakter i irytujące zachowanie nie zyskuje wielu przyjaciół, nie tylko wśród herosów. Bogowie patrzą na nią z niechęcią, jak na zagrożenie, które należy wyeliminować, nim przysporzy im więcej problemów. e5T3. Odpowiedzi EKSPERT..::selena::.. odpowiedział(a) o 19:41 To ten obraz? 0 0 ziółko.. odpowiedział(a) o 19:43: tak ;) Uważasz, że ktoś się myli? lub Chcesz odmienić wygląd swojego mieszkania? Czy wchodząc do swojego domu czujesz, że nadszedł czas na zmianę? A może potrzebujesz świetnego prezentu?Wysokiej jakości obraz "Obraz - Z miłości do Nowego Jorku" to wynik pracy utalentowanego zespołu projektantów – młodych artystów, grafików i fotografów z głowami pełnymi pomysłów. Obraz, który Cię zainteresował, to połączenie najwyższej jakości druku, starannej pracy ręcznej i najlepszych gatunkowo jakości materiały Obraz "Obraz - Z miłości do Nowego Jorku" jest drukowany na specjalnym płótnie flizelinowym idealnie odwzorowującym kolory. Płótno jest naciągnięte na lekką, ale stabilną ramę wykonaną z materiałów przyjaznych dla środowiska. Dekorację z najwyższej półki zapewnia druk wysokiej jakości, dzięki któremu kolory są wyraziste, a detale znakomicie odtworzone, niezależnie od formatu obrazu. Zadrukowane boki Boki obrazu zadrukowane są ze wszystkich stron, dlatego obraz nie wymaga dodatkowych ram i jest od razu gotowy do zawieszenia. Druk najwyższej jakości! Specjalnego rodzaju płótno w połączeniu z odpowiednią rozdzielczością druku gwarantują idealną ostrość obrazu i głębię kolorów. Produkt bezzapachowy Nasze obrazy są bezzapachowe i w 100% bezpieczne, dlatego doskonale nadają się do powieszenia w sypialni i pokoju Twojego UV Zastosowany druk jest odporny na promieniowanie UV, dzięki czemu kolory nie blakną, nawet przy długiej ekspozycji na światło opakowanie Przed wysyłką obraz jest zabezpieczany folią bąbelkową, a następnie pakowany do grubego obrazy z prawdziwym designerskim akcentem Nasi artyści korzystają ze swojego doświadczenia, pasji oraz wiedzy, przelewając artyzm w każde swoje dzieło, aby w Twoje ręce trafił obraz wpisujący się w kanony współczesnego obrazy to prosty i niedrogi sposób na odświeżenie wnętrza i nadanie mu nowego charakteru, a szeroka gama wzorów zaspokoi każde gusta. W naszej ofercie znajdują się obrazy przedstawiające martwą naturę, pejzaże, nowoczesne obrazy do salonu, obrazy abstrakcyjne, reprodukcje obrazów znanych artystów, mapy świata, obrazy industrialne i wiele, wiele to dekoracja, która przyciąga wzrok, niezależnie od pomieszczenia, w którym się znajduje! Wśród naszych propozycji znajdują się duże obrazy do salonu, reprezentacyjne obrazy do biura, wyciszające obrazy do sypialni, obrazy personalizujące wnętrze i nadające mu niezwykły klimat, radosne obrazy do pokoju dziecka itd. Obraz może również przyozdobić ścianę w mniej oczywistych lokalizacjach, takich jak kuchnia, łazienka czy przedpokój. Niezależnie od pomieszczenia, w którym się znajduje, nada wnętrzu niepowtarzalny klimat i stworzy przytulną atmosferę dla wszystkich mieszkańców i gości. Obraz to także oryginalny prezent na takie okazje jak:urodziny,ślub, jako symbol nowej drogi życia,parapetówka,Święta,walentynki,itp. Pozwól, by obraz "Obraz - Z miłości do Nowego Jorku" odmienił Twój dom i domy Twoich bliskich! Rozmiary części:100x50: 20x30 20x40 20x50 20x40 45x90 45x90 40x60 40x80 40x100 40x80 40x60 Strona główna » Obrazy » Obraz - Oblicza Nowego Jorku OBRAZ NA PŁÓTNIE WŁOSKIMSuper promocjaDostępność:Produkcja od 2 do 3 dni roboczych + wysyłkaRODZAJ:NA PŁÓTNIE WŁOSKIMOpis produktuRealne zdjęciaObraz na płótnie WŁOSKIM Obraz na ścianę drukowany na specjalnym płótnie włoskim idealnie odwzorowującym włoskie jest bardzo wytrzymałym, naturalnie wyglądającym płótnem na płótnie włoskim PREMIUMSpecjalnego rodzaju płótno w połączeniu z odpowiednią rozdzielczością druku gwarantują idealną ostrość obrazu i głębię bokiObraz nie wymaga dodatkowych ram i jest od razu gotowy do ekologicznyNadaje się do użytku w sypialni oraz pokoju z ochroną UVKolory nie blakną, nawet przy ekspozycji na słońceDrewniana ramaDrewniana rama sosnowa o grubości 2 cmPRZYKŁADOWE, REALNE ZDJĘCIA NASZYCH kolorystyka i żywe kolory Estetycznie naciągnięte płótno malarskie na drewniane krosno! Nie daj się nabrać, w sieci sprzedają bardzo dużo podobnych obrazów na ZWYKŁYM PŁÓTNIE FLIZELINOWYM CIENKIM JAK PAPIER, oraz na zwykłych ramach MDF! Porównanie grubości naszej drewnianej ramy ze zwykłą płytą MDF ! Pozostałe produkty z kategorii Pamiętacie moją relację z wystawy "Fotoplastikon Warszawski. Lubię to!", która to miała miejsce w listopadzie zeszłego roku? Opisywałem wtedy co, gdzie, jak i kiedy... Wtedy była to moja własna relacja na ten temat. Niedawno, w pierwszym numerze kwartalnika "Stereoscopy", będacego informatorem Międzynarodowego Stowarzyszenia Stereoskopowego (ISU) znalazł się artykuł Andrew Lauren’a, z dokładnym sprawozdaniem w wystawy. Andrew przyleciał specjalnie na dwa dni z Nowego Jorku, by odwiedzić Warszawski Fotoplastikon i zobaczyć wystawę. Oto co napisał:Fotoplastikon Warszawski. Niespodziewana podróż. Moja wycieczka do Warszawskiego Fotoplastikonu. Andrew Lauren, Port Washington, Nowy Jork, Stany Zjednoczone. Warszawski Fotoplastikon to rodzaj stereoskopowego teatru. Jest to duże, drewniane, owalne urządzenie, o wysokości 2,3m i średnicy 3,7 m. Ma 24 stanowiska wizyjne, każde wykonane z drewnianego, pionowego panelu, z którego wystają mosiężne okulary. Przed każdym stanowiskiem wizyjnym znajduje się krzesło. 48 stereoskopowych przeźroczy obraca się automatycznie w fotoplastikonie. Każde przeźrocze można oglądać przez 14 sekund. A potem przesuwa się ono z prawej do lewej, w kierunku następnego stanowiska wizyjnego. Za jednym razem można obejrzeć 24 przeźrocza. Pozostałe 24 stereogramy są umiejscowione między stanowiskami wizyjnymi. Osoba siedząca przy stanowisku wizyjnym obejrzy wszystkie 48 przeźroczy w ciągu 11 minut. Każde przeźrocze jest podświetlone od tyłu. Fotoplastikon Warszawski działa w tym samym miejscu od 1908 roku i jest najstarszym działającym fotoplastikonem w Europie. „Fotoplastikon” nie jest polskim słowem. Stanowi złożenie dwóch greckich słów: foto – światło i plastikos – rzeźbiarski. Tak więc, fotoplastikon to urządzenie zamieniające 2-D zdjęcie w obraz trójwymiarowy. Warszawski Fotoplastikon przypomina słynną Kaiserpanoramę ( Panoramę Cesarską). Ale nią nie jest. Fotoplastikon Warszawski ma 24 stanowiska wizyjne, a Panorama – 25. Są jeszcze inne różnice. Fotoplastikon to ogólne określenie, opisujące jakiekolwiek urządzenie pozwalające na oglądanie więcej niż jednego stereogramu. Może to być urządzenie dla publiczności, takie jak w Warszawie – z wieloma stanowiskami wizyjnymi. Może też być urządzeniem do użytku osobistego z jednym wizjerem. Panorama Cesarska jest czymś bardziej specyficznym: stereoskopowym teatrem, opatentowanym w 1890 przez Augusta Fuhrmanna. U szczytu popularności, w Europie działała sieć ponad 250 takich teatrów. Niestety, wynalazek kina doprowadził do upadku Kaiserpanoramy. Fotoplastykon warszawski nie był częścią tej sieci. Obecnie, Fotoplastikon Warszawski posiada ok. 7000 przeźroczy. Idąc Alejami Jerozolimskimi spojrzałem na Pałac Kultury i Nauki. Całkowicie dominuje nad krajobrazem. Stoi samotnie, swoim rozmiarem roztaczając aurę niepokonanej świetności. Zatrzymuję się na chwilę, aby wchłonąć jego wspaniałość. Po chwili ruszam dalej. Tego listopadowego, zimnego poranka czeka na mnie inne miejsce. Celem mojej wycieczki jest Fotoplastykon Warszawski. Wycieczki, której przygotowanie trwało 2 lata i wymagało ode mnie nocnego lot z Nowego Jorku do Warszawy. Owa niespodziewana podróż zaczęła się w styczniu 2017 od internetowej pogawędki z Tomaszem Bielawskim. Tomasz opowiedział mi o swoim projekcie wystawy w ponad 100-letnim Warszawskim Fotoplastikonie. Tytuł wystawy miał brzmieć „Fotoplastikon – Lubię to!” Tytuł miał nawiązywać do sposobu w jaki współczesna kultura okazuje aprobatę w mediach społecznościowych. Wystawa miałaby pokazać, że stereoskopia nie jest uroczą osobliwością z przeszłości. Tomasz zamierzał zebrać 48 stereogramów od 48 fotografów z całego świata, publikujących swoje stereogramy na Fecebooku. „Lubię to” w tytule wystawy nawiązuje do faktu, że funkcja ‘polub ’ to dla użytkownika Facebooka najczęstszy sposób wyrażenia aprobaty dla postu innego użytkownika. Tomasz i ja przedyskutowaliśmy, który stereogram byłby moim wkładem w wystawę. Zdecydowaliśmy, że najlepszym wyborem będzie mój stereogram „Pływającego mola” Christo. Tomasz zapytał mnie także o innych znajomych fotografów, którzy byliby chętni do wzięcia udziału w wystawie. Podałem mu kilka nazwisk. Tomasz przewidywał, że wystawa zostanie otwarta za kilka miesięcy (w 2017). No cóż, okazało się to nie takie proste. Przez półtora roku kontaktowałem się z Tomaszem, pytając: Czy już? I za każdym razem Tomasz opowiadał o kolejnych opóźnieniach. 2017…. Zaczął się i się skończył…. Wystawy nie było. 2018 …zaczął się i wydawało się , że wystawa także się nie odbędzie. Aż tu nagle, Tomasz napisał, że wystawa zostanie otwarta za 16 dni i będzie trwać tylko 2 tygodnie , od 14 listopada do 1 grudnia. Mój podziw dla Tomasza poszybował w górę! To jego pasja i determinacja powołała wystawę do istnienia. Musiałem to zobaczyć! Jak mógłbym nie obejrzeć mojego własnego stereogramu w tym unikatowym i oryginalnym miejscu! Przecież nie będzie drugiej takiej szansy! Ale od chęci zrobienia czegoś do urzeczywistnienia tego, daleka droga. Miałem bardzo mało czasu i mnóstwa skomplikowanych działań logistycznych. Ale , w końcu udało mi się znaleźć sposób. 15 listopada wszedłem na pokład nocnego samolotu z Nowego Jorku do Oslo, gdzie przez 8 godzin musiałem poczekać na połączenie z Warszawą. Ale nie ma tego złego – miałem czas na obejrzenie chociaż fragmentu miasta. W Warszawie wylądowałem późnym wieczorem 16 listopada. Na zobaczenie wystawy i kilku miejsc w Warszawie miałem tylko sobotę. W niedzielę w południe wylatywałem do Nowego Jorku. Było to jedyne takie doświadczenie w moim życiu, a ten wyjątkowo krótki (w porównaniu z innymi podróżami) pobyt w Warszawie tylko wzmagał moje podniecenie. Idąc Alejami Jerozolimskimi w zimny, sobotni poranek, naprawdę nie miałem pojęcia co zobaczę. Oczywiście widziałem zdjęcia Warszawskiego Fotoplastikonu i Kaiserpanoramy. Wiedziałem też, że Tomasz zorganizował spotkanie z kilkoma członkami polskiej grupy stereoskopowej. Zorganizował także przyjęcie na otwarcie wystawy. Zastanawiałem się jak się dogadamy, bo przecież w ogóle nie mówię po polsku. Ale Tomasz zapewnił mnie, że jeden z członków grupy, Borys Wasiuk, mówi płynnie po angielsku. On będzie moim tłumaczem. Byłem bardzo wdzięczny Tomaszowi za jego wspaniałą gościnność. Spotkaliśmy się w Fotoplastikonie w Alejach Jerozolimskich 51. Tomasz, Syaiful Bahri i Borys Wasiuk już na mnie czekali. Wreszcie mogłem ich spotkać osobiście! Do tej pory kontaktowaliśmy się przez Internet, wymieniając maile albo wysyłając sms-y. Gdy się witaliśmy, zauważyłem na wejściu budynku plakat reklamujący wystawę. Co więcej, na fasadzie budynku, obok plakatu umieszczono stereoskop. Niestety, wilgotne powietrze dostało się do wizjera, obiektyw był zaparowany, więc nie mogłem zobaczyć zdjęcia. W końcu nadszedł czas, żeby zobaczyć fotoplastikon. Przeszliśmy przez bardzo ciężką bramę i znaleźliśmy się na owalnym dziedzińcu otoczonym kilkupiętrową kamienicą. Po drugiej stronie dziedzińca znajdował się jeszcze jeden drogowskaz do Fotoplastykonu i wejście do celu mojej wycieczki. Minęliśmy korytarz i weszliśmy do małego, zaciemnionego pokoju z fotoplastikonem i krzesłami przed każdym stanowiskiem wizyjnym. Nareszcie! Stałem przed historycznym urządzeniem, o zobaczeniu którego marzyłem od dwóch lat i do którego podróżowałem z drugiego końca świata! Mieliśmy go tylko dla siebie! Szybko usiedliśmy na krzesłach żeby zacząć oglądanie. Raz usiadłszy, wszystko co musiałem zrobić, to pochylić się w stronę mosiężnych okularów. Nad stereoskopem były umieszczone karty z tytułem każdej fotografii. Przesuwały się one razem ze stereoparami. Każda karta była w dwóch językach: polskim i angielskim i zawierała tytuł stereogramu, nazwisko, miasto i kraj pochodzenia fotografa. Pod wizjerem dookoła fotoplastykonu była półka na której można było oprzeć ręce. Czułem się jak dzieciak w sklepie z cukierkami! Tak bardzo chciałem zanurzyć się w tym przeżyciu i obejrzeć przeźrocza wystawy. Oczywiście, najbardziej emocjonującym momentem będzie zobaczenie mojego własnego stereogramu! Usiadłem na moim stanowisku. Spojrzałem na prawo i lewo na inne okulary, zastanawiając się gdzie jest mój stereogram. Czy zobaczę go od razu, jak tylko popatrzę w wizjer na moim stanowisku? Pochyliłem się, drżąc z podniecenia. Popatrzyłem w wizjer i wszystkie myśli o zobaczeniu mojego własnego stereogramu odleciały gdzieś pod nasadę czaszki ( no, może nie zupełnie wszystkie) bo patrzyłem na przesuwające się przed moimi oczami cuda fotografii stereoskopowej. Słychać było delikatny terkot, kiedy wewnętrzna maszyneria fotoplastikonu przesuwała przeźrocza z prawej do lewej. Borys usiadł po mojej lewej stronie. Rozmawialiśmy o oglądanych stereogramach i fotoplastikonie. Podczas naszej rozmowy uświadomiłem sobie, że kształt fotoplastikonu prowokuje towarzyskie interakcje w sposób w jaki nowoczesna rozrywka, np. kino, gry tego nie robią. Szybko przyzwyczaiłem się najpierw czytać tytuły, a dopiero potem patrzeć w wizjer. Reklama wystawy na Facebooku wymienia wszystkich fotografów , którzy nadesłali swoje stereogramy. Znałem wielu z nich osobiście, ale nie wiedziałem które stereogramy były ich. Kiedy karty z tytułami i nazwiskami fotografów pojawiały się na moim stanowisku, z niecierpliwością pochylałem się aby zobaczyć ich prace. Czułem się dumny oglądając wytwory talentu moich przyjaciół. Niektórych nazwisk w ogóle nie znałem i kiedy patrzyłem na nie, czułem ten specyficzny dreszczyk emocji, bo przecież ja także byłem częścią większej, międzynarodowej społeczności talentów twórczych. Szczególne wrażenie wywarły na mnie prace polskiej grupy stereoskopowej. Poza Tomaszem Bielawskim i Syaifulem Bahri, nie znałem ani tych ludzi, ani ich prac. Jednakże po zapoznaniu się z ich stereogramami postanowiłem śledzić ich aktywność twórczą. Jeden przepiękny stereogram ukazywał las i wlewające się w niego światło. Słyszałem, że efekt ten nazywa się „światłem Boga”. Była to praca nieżyjącego już niestety Faramarza Ghahremanifara. Byłem zachwycony faktem, że tak twórczy talent pokazano na wystawie. Nagle zapytano mnie czy chciałbym wejść do środka fotoplastikonu i zobaczyć mechanizm przesuwający przeźrocza. Oczywiście chciałem! Ale jak? Pod półką okalającą urządzenie wisiała tkanina. Po podniesieniu płótna ukazały się drzwi, przez które można się przeczołgać do środka. Natychmiast padłem na kolana i na czworakach przelazłem z półmroku zewnętrza fotoplastykonu do jego jasno oświetlonego wnętrza. Wkrótce dołączyli do mnie Tomasz, Syaiful i Borys. Ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że w środku wcale nie było gorąco, chociaż paliło się mnóstwo żarówek. Wytłumaczono mi, że zastosowano energooszczędne żarówki. A jakże! Dotknąłem! Rzeczywiście chłodne! Bardzo mnie interesowało w jaki sposób przeźrocza obracają się dookoła fotoplastykonu. Otóż prąd dostarczany do fotoplastykonu napędza stary silnik od pralki! Silnik obraca pionowo ustawione koło, do którego jest przymocowany rodzaj ramienia. Kiedy ramię osiąga pozycje na dotyka dźwigni, podnosi ją, wprawia w ruch fotoplastykon i przesuwa slajdy na wyznaczone miejsce. Zanim ramię osiągnie pozycję na mija dźwignię, która opada i kończy przesuwanie slajdów. Slajdy pozostają na każdym stanowisku przez 14 sekund, a potem przesuwają się dalej. Pierwotnym źródłem prądu w fotoplastykonie był mechanizm zegarowy z ciężarami i pozwalał urządzeniu działać przez 3 godziny. Gdy skończyliśmy, przeczołgaliśmy się z powrotem na zewnątrz i poszliśmy do sąsiedniego pomieszczenia na wernisaż. Tam spotkałem resztę grupy. Wreszcie mogliśmy porozmawiać i lepiej się poznać. Na wernisaż przychodziło coraz więcej ludzi. Chętnie odpowiadaliśmy na pytania dotyczące wystawy i fotografii stereoskopowej. Bardzo miłym dla mnie momentem było przybycie małżeństwa z dwójką dzieci. Dzieciaki były naprawdę zainteresowane sposobem w jaki powstawały zdjęcia, więc kucnąłem i pokazałem im swój tandem stereoskopowy. Pozwoliłem im zrobić zdjęcie, żeby zobaczyły jak to działa. Były absolutnie zafascynowane! Byłoby cudownie, gdyby wystawa zainspirowała ludzi, szczególnie młode pokolenie, do zajęcia się fotografią stereoskopową. Wróciłem do pomieszczenia z fotoplastikonem. Wiele stanowisk było zajętych przez nowo przybyłych gości. Przez kilka minut chodziłem dookoła fotoplastikonu i dzieliłem się z nimi ich zachwytem. Znalazłem wolne miejsce. Usiadłem, i ponownie slajdy przeniosły mnie do cudownych, odległych miejsc. Kolejne, wspaniałe przeźrocza przesuwały się przed moimi oczami. Nagle pojawił się obraz słonecznego, letniego dnia nad włoskim jeziorem! Znałem ten obraz bardzo dobrze! Wreszcie mogłem zobaczyć mój własny wkład w wystawę! Ale nie dane mi było długo cieszyć się tym widokiem. Zbyt szybko usłyszałem terkotanie maszynerii fotoplastikonu. Moje zdjęcie dołączyło do parady innych stereogramów, oglądanych przez następną osobę, i następną, i następną i następną….. . Około południa przyszedł czas pożegnać się i ruszyć w swoja stronę. Wyraziliśmy nadzieję na spotkanie w Lubece na konferencji ISU w 2019. Wyszedłem z muzeum razem z Borysem. Na pasku aparatu miałem odznakę mojej grupy stereoskopowej: The New York Sterescopic Association. Podarowałem ją Borysowi na pamiątkę tego szczególnego dnia. Pomyślałem sobie, że ten prosty gest będzie wspaniałą kodą zamykającą dwuletnie marzenia Tomasza, aby pokazać w warszawskim fotoplastykonie fotografie stereoskopowe z całego świata. Po obejrzeniu tak wielu pięknych stereogramów, poczułem się zainspirowany do stworzenia nowych w tym krótkim czasie jaki mi jeszcze pozostał w Warszawie. Spojrzałem na drugą stronę ulicy na Pałac Kultury i Nauki. W niewielkiej odległości ode mnie sterczała także gitara reklamująca Hard Rock Cafe. Oho! Poczułem twórczy potencjał połączenia tych dwóch symboli. Wraz z innymi pieszymi przeszedłem przez ulicę i zacząłem fotografować. Stereoscopy nr 1 2019 Artykuł Andrew Lauren'a Serdeczne dziękuję pani Bercie Chojnowskiej i Ewie Pyrczak za przetłumaczenie artykułu. Doktor Finnix, pytany przez prokuratora, ilu z jego pacjentów uzależniło się OxyContinu, z rozbrajającą szczerością odpowiada: "znaczna część już nie żyje". Nowy serial "Lekomania" na Disney+ opowiada, jak jedna tabletka odmienia cały region "pasa rdzy", a następnie kraj. Porządni, pracowici Amerykanie zaczęli łykać prochy. Tysiące z nich zmarło od opiatów. Rok 1996. Firma Purdue Pharma wypuściła na rynek nowy lek. OxyContin miał być przełomem, odmienić życie Amerykanów i uwolnić miliony ludzi od cierpień W rzeczywistości spowodował największą narkotykową plagę, jaka kiedykolwiek przeszła przez Stany Zjednoczone Tysiące amerykańskich lekarzy uwierzyło w skuteczność "cudownego leku". Wkrótce zaczęli od ręki przepisywać narkotyk, pomijając prawdopodobieństwo uzależnienia Nadużywanie tabletek na receptę pochłonęło 820 tys. ofiar, z uzależnieniem walczy co najmniej 2 mln ludzi Właściciele Purdue Pharma, rodzina Sacklerów, wyszła obronną ręką – ich majątek nie ucierpiał, pozostali na wolności, nigdy nie przeprosili O kryzysie opioidowym opowiada nowy serial "Lekomania" dostępny na Disney+ Więcej artykułów znajdziesz na stronie głównej Onetu OxyContin jak heroina Co to w ogóle jest OxyContin? W skrócie to tabletka, która zawiera dużą dawkę oksykodonu, a ten jest z kolei opiatem, w swej budowie przypominającym szalenie uzależniającą heroinę. Jakim cudem coś, co jest w zasadzie zwykłym narkotykiem, zostało dopuszczone do legalnego obrotu? Firma Purdue przekonywała, że ich preparat wykorzystuje tzw. formułę przedłużonego uwalniania substancji czynnych. Mówiąc wprost – opiaty miały trafiać do organizmu powoli, uwalniać się przez wiele godzin, co pozwalało uniknąć głodu narkotykowego u pacjentów. Podatny na uzależnienie miał być dzięki temu niecały procent zażywających lek, co oczywiście było nieprawdą. Niemniej te magiczne słowa wielu przekonały. Lekarze połknęli haczyk. Nowy produkt dostał stempel jakości. Sukces OxyContinu okazał się możliwy z dwóch powodów. Po pierwsze, rodzina Sacklerów, kierująca Purdue Pharma, zawsze miała łeb do interesów. Sacklerów uznaje się za ojców nowoczesnej reklamy farmaceutycznej. W latach 50. wprowadzili na rynek antybiotyk, który okazał się hitem. Klucz do sukcesu tkwił w zmasowanej kampanii marketingowej, która zakładała bezpośredni kontakt z lekarzami. Przedstawiciele handlowi odwiedzali gabinety w każdym zakątku kraju – zachwalali działanie leku, dawali darmowe próbki. Ta sztuczka sprawdziła się prawie 40 lat później w przypadku OxyContinu. Skala była bez precedensu. Na przełomie lat 90. i 00. Purdue miała dziesiątki tysięcy sprzedawców. Wszyscy bez wyjątku mieli mówić lekarzom to samo: "mniej niż jeden procent pacjentów uzależnia się od OxyContinu". Z coraz lepszym skutkiem stosowali tę zasadę. Opiaty powszechnego użytku Drugi powód był równie istotny: zmieniało się podejście do bólu i stosowania opiatowych środków przeciwbólowych. Jeszcze w latach 80. Światowa Organizacja Zdrowia apelowała o to, by uznać życie wolne od bólu za uniwersalne prawo człowieka. Lekarze mieli więc niejako moralny obowiązek, by stosować wszelkie dostępne środki. Wielu z nich przekonało się do opium i zaczęło wykorzystywać go na pacjentach z nowotworami. 10 lat później Purdue lobbowała to podejście. W 1998 r. Agencja do spraw Zdrowia Weteranów uznała ból za "piąty parametr życiowy" obok tętna, ciśnienia, oddychania i temperatury ciała. W praktyce miało to oznaczać, że każdy ma prawo do zwalczania bólu, a nieprzepisywanie leków jest aktem nieludzkim. To wywołało debatę na temat włączenia opiatów do powszechnego użytku. Przemysł farmaceutyczny wykorzystał ją na swoją korzyść. Odtąd opioidy miały być przepisywany na wszelkie bóle, nie tylko nowotworowe. Na bóle pleców i stawów, zębów i głowy. Gdyby się uprzeć, to nawet na kaca. Michael Keaton jako Samuel Finnix w serialu "Lekomania" Foto: Disney Plus "Lekomania" serial wzorowany na autentycznych relacjach lekarzy W ten sposób tysiące amerykańskich lekarzy, szturmowanych przez handlowców, uwierzyło w skuteczność "cudownego leku". Wkrótce zaczęli od ręki przepisywać narkotyk, pomijając prawdopodobieństwo uzależnienia. Wielu z nich podzieliło los Samuela Finnixa, bohatera serialu "Lekomania" na Disney+, wzorowanego na autentycznych relacjach lekarzy, którym OxyContin zrujnował życie i odebrał resztki etyki zawodowej. Poznajemy go na sali sądowej, gdzie zeznaje w sprawie kryzysu opioidowego, w którym pogrążyła się Ameryka. – Doktorze Finnix, ilu z pańskich pacjentów uzależniło się OxyContinu? – pyta prokurator. – Znaczna część już nie żyje… – odpowiada po chwili wahania. Narkotykowa subkultura Robotnicze miasta w rejonie Appalachów, nazywanym "pasem rdzy", wpadają w tym czasie w permanentną recesję. Plajtują zakłady włókiennicze, fabryki podupadają, to prowadzi do zmniejszenia liczby miejsc pracy. W kopalni węgla zatrudniona jest najniższa w historii liczba pracowników. Ci, którzy zostali, pracują w ciężkich warunkach, co dzień ryzykując życie. Ból to ich codzienność. Przychodzą do lekarza z nadwyrężonymi mięśniami, bólem pleców, złamanymi nogami. Nagle ni z tego, ni z owego część z nich zaczyna umierać od przepisywanych im pigułek przeciwbólowych, co się wcześniej nie zdarzało. Tak właśnie rejon "pasa rdzy" staje się epicentrum rozlewającej się po kraju katastrofy. Zobacz także: Dlaczego milion Amerykanów żyje w autach? Tu warto podkreślić, że nie tylko dręczone kryzysem gospodarczym appalaskie stany, były podatne na uzależnienie. Wśród ofiar epidemii opioidów byli przede wszystkim ludzie uprzywilejowani – z przedsiębiorcami i bankierami na czele. Były to dzieciaki z bogatych domów, uczniowie ze stypendiami sportowymi. Przykład użyty w serialu daje jednak bardziej do myślenia, lepiej uwypukla problem i jego skutki. Serialowe miasteczko, mimo krachu gospodarczego, wydaje się miejscem stosunkowo bezpiecznym, wolnym od problemu przemocy i zorganizowanej przestępczości. Bieda nie złamała charakterów i kręgosłupów moralnych ludzi, ale leki na receptę już tak. W krótkim czasie spokojne miasteczko staje się istnym polem bitwy, a jedna tabletka odmienia cały region. Wskaźnik przestępczości wystrzeliwuje w górę. Nasila się prostytucja. Trzykrotnie wzrasta liczba dzieci w pieczy zastępczej. Lokalne więzienia pękają w szwach. Rodzice niedowierzają, kiedy ich porządne, pracowite pociechy zaczynają łykać prochy. Tysiące takich dzieciaków umiera od opiatów. Przychodnie pierwszymi centrami dystrybucji narkotyku Wszystko zaczęło się w gabinetach lekarskich i klinikach terapii bólu – były to w rzeczywistości pierwsze centra dystrybucji narkotyku. Lekarze chętnie dawali receptę na OxyContin. Ludzie ustawiali się w kolejkach, tłumy okupowały poczekalnie. Niebawem oxy trafiły na czarny rynek, uliczni dilerzy wzięli się za ich pokątną sprzedaż, co jednocześnie napędzało popyt na tańszą heroinę. Ci, którzy wpadli w uzależnienie, wynosili z domu rodzinne pamiątki, sprzęty kuchenne – cokolwiek, co dało się wymienić na choćby jedną tabletkę. Wytworzyła się też cała narkotykowa subkultura w sieci. Na forach internetowych powstały poradnie, jak usunąć z pigułek ochronną osłonkę, żeby zintensyfikować działanie oksykodonu i wciągnąć go do strzykawki. Biznes Purdue Pharmy, wbrew ogólnokrajowej epidemii i zgonom, kręcił się w najlepsze. "Więcej dawek sprzedaż, więcej zarobisz" Proceder ten był trudny do zatrzymania, bo rządził się zasadą naczyń połączonych. Po pierwsze, kierownictwo koncernu farmaceutycznego budowało wokół siebie pozory szczytnej misji, jednocześnie prowadząc szeroko zakrojoną ekspansję całego systemu. Purdue Pharma miała w garści Agencję ds. Żywności i Leków (FDA), co pozwoliło jej ominąć procedurę atestową, zatwierdzić etykietę zawierającą fałszywy opis leku i wejść na rynek. Rudolph W. Giuliani, burmistrz Nowego Jorku i przyjaciel prezydenta Busha, sprzyjał działaniom koncernu. Firma kupowała każdego potrzebnego decydenta. Poza tym tworzyła spółki-córki i komórki reklamowe, które miały uwiarygodnić OxyContin w oczach społeczeństwa, a przy tym wywierać po cichu naciski na specjalistów. Na pierwszej linii stali wspomniani przedstawiciele handlowi – jak pionki na szachownicy. Purdue zainwestowała miliony w stworzenie największego przedstawicielstwa handlowego w historii przemysłu farmaceutycznego. Pracownicy byli wysyłani do najdalszych zakątków kraju, byle tylko robić dobre wrażenie i namawiać lekarzy na stosowanie leku. Za najwyższe wyniki czekały nagrody. W 1996 r. firma przeznaczyła milion dolarów na premie związane ze sprzedażą. Kilka lat później kwota ta urosła do 14 mln. Struktura premiowania była prosta: "więcej dawek sprzedaż, więcej zarobisz". Najbardziej rozchwytywani wyciągali 100 tys. dol. premii. Reszcie przysługiwały bonusy: podarki, wykwintne kolacje, wczasy pod palmami. Nastawienie było takie, że każdy sprzedawał jak szalony, żeby wypocząć na Bermudach lub w Palm Springs. Tak kupowało się lojalność i milczenie. Ci, którzy próbowali się wychylać i zgłaszać uwagi byli straszeni klauzulą poufności. Z kolei lekarze, pielęgniarki, specjaliści od zagadnienia bólu byli zapraszani na konferencje i seminaria medyczne w wypasionych kurortach. Drinki, homary, zabawa do białego rana. Do tego pluszaki, płyty CD i inne gadżety – wszystko na koszt firmy. Żaden inny koncern farmaceutyczny nie działał w tak wyrachowany sposób. Sieć zależności była przez lata wyjątkowo szczelna i nieprzepuszczalna. Nikt nie wiedział, jak się przez nią przebić. "Jesteście wcielonym złem" Rok 2019. Pod naciskiem protestujących kolejne muzea i galerie sztuki odmawiają przyjmowania darowizn od rodziny Sacklerów. Wśród nich są nowojorskie MoMA i Guggenheim oraz Tate Modern. Paryski Luwr jest pierwszą instytucją, która usuwa nazwisko rodziny z sal muzealnych. Przez lata właściciele Purdue Pharmy byli mecenasami sztuki, finansującymi największe światowe muzea – na ich cześć nazwano salę londyńskiego National Gallery, w którym wiszą obrazy Williama Turnera. Decyzja Luwru kończy pewną epokę dla Sacklerów. To oczywiście symboliczny gest. Niemniej bardzo potrzebny. W sprawie kryzysu opioidowego zebrano tony obciążających firmę dowodów. Zeskanowano tysiące dokumentów i przesłuchano mnóstwo osób. W 2001 r. wytoczono pierwszy proces przeciwko Purdue w sprawie śmierci wywołanej OxyContinem w rejonie Appalachów. Potem posypały się kolejne pozwy, które były oddalane. Przełom nastąpił w 2005 r., kiedy prokuratorzy z Wirginii postawili firmie zarzuty dystrybucji błędnie zakwalifikowanego leku z zamiarem oszustwa, osiągania zysków z nielegalnej działalności oraz zmowy na rzecz prania pieniędzy. W oskarżeniu podkreślali, że żadna sprawa w dziejach kraju nie może się równać z tą pod względem wpływu na zdrowie publiczne. W 2007 r. trzej członkowie kierownictwa Purdue usłyszeli wyrok za niewłaściwą promocję OxyContinu. Firma zapłaciła ponad 600 mln dol., aby uniknąć kary więzienia dla kierowników. Przed gmachem sądu w Abington zgromadziła się grupa ludzi żądająca odrzucenia ugody. Wśród nich byli bliscy osób, które przedawkowały lek. Zabrali głos na rozprawie. Ku przestrodze: "Jesteście wcielonym złem" – mówiła babcia chłopca, który w wieku sześciu lat stracił matkę. "Przyprowadziłam go, żeby zobaczył, że złych ludzi spotyka kara". "Pierwszy raz usłyszałem nazwę OxyContin, gdy mój 18-letni syn, umarł na imprezie po jego zażyciu" – powiedział ojciec zmarłego nastolatka. "Jesteście korporacyjnymi narko-baronami, którzy zabijają naszą przyszłość". "Straciliśmy z mężem jedynego syna, 18-letniego Randalla, który przypadkowo przedawkował wasz lek" – opowiadała jego matka. "Zanim to się stało, szykował się do podjęcia studiów. Za pieniądze na naukę zorganizowaliśmy mu pogrzeb". Dalszą część przeczytasz pod wideo: Sąd przychylił się do ugody, sprawa została zamknięta. Firma wypłaciła ponad pół mld grzywny, ale sprzedawała dalej – równie dynamicznie, a może nawet dynamiczniej niż dotąd. Rok po procesie dane wskazywały, że liczba zgonów wskutek przedawkowania przewyższa liczbę ofiar wypadków samochodowych. Wyrok z 2007 r. obnażył jednak Sacklerów, zrobił im złą prasę, dając powód do kolejnych pozwów. To zapowiedź nadchodzących wydarzeń. W 2019 r. członkowie rodziny Sacklerów wyprowadzili się z Nowego Jorku, po tym, jak zostali publicznie oskarżeni o wywołanie kryzysu opioidowego. Prokuratorzy generalni w ponad 25 stanach wnieśli pozwy zbiorowe przeciwko Purdue Pharmie. Federalny sędzia ds. upadłości wydał warunkową zgodę, by rozstrzygnąć procesy. W ten sposób rodzina Sacklerów utraciła własność nad spółką i wycofała się z biznesu, ujawniając 30 mln dokumentów i wypłacając kolejne miliardy dolarów dla poszkodowanych. Tak naprawdę wyszli obronną ręką – ich majątek nie ucierpiał, pozostali na wolności, nie zostali też przez sąd zobowiązani do przeprosin. Kathe Sackler mówiła na przesłuchaniu: "niczego nie zmieniłabym w swoim postępowaniu". Tym samym rodzina upiera się przy tym, co utrzymuje od połowy lat 90. – obwinia tych, którzy się od leku uzależnili. Według danych agencji National Institute on Drug Abuse (NIDA) w latach 1999-2019 w wyniku przedawkowania opioidów zmarło ponad 820 tys. Amerykanów. Z uzależnieniem walczy co najmniej 2 mln ludzi. Zyski ze sprzedaży OxyContinu zasiliły konto Sacklerów o 13 mld dol.

kiedy powstał obraz dzieciaki z nowego jorku